Współczesny świat jest napędzany przez rozrastające się do granic absurdu pragnienie nowości, którego bezmyślność wypiera z pola widzenia jakąkolwiek jakość. Nowe kojarzy się nam automatycznie z lepszym – doskonalszym, piękniejszym, bardziej ekscytującym i tak dalej. Te pozytywne wrażenia sprawiają, że nasz apetyt nasila się coraz dotkliwiej i łatwo zatracamy się w stale przyspieszającej pogoni za przyjemnością płynącą z doświadczania czy posiadania nowości. Dopiero przystając na chwilę, zyskujemy możliwość dostrzeżenia z pewnego dystansu, iż owe skłonności przeistoczyły się w bałwochwalczy wręcz kult nowości. Nikt bowiem z jego wyznawców nie zastanawia się już nad jej celem i powodem – innowacyjność wyniesiona na piedestał przestała być cechą towarzyszącą, efektem ubocznym wzniosłych starań czy też środkiem sprzyjającym ich realizacji, stała się natomiast sama swoim najwyższym celem i powodem, wartością samą w sobie.
Te ogólne obserwacje odnoszą się do najróżniejszych sfer życia, a szczególnie do świata sztuki. W czasach, gdy brak nam jednoznacznych kryteriów oceny dzieła (bo przecież w sztuce wszystko wolno), sięga się przede wszystkim po kryterium nowatorstwa. O ile jednak nowatorstwo jest jedną z cech niezmiennie charakteryzujących twórczość znakomitych artystów na przestrzeni dziejów, o tyle zapomina się, że nie jest jedyną, a już zdecydowanie nie najistotniejszą. Całkowita koncentracja na wyizolowanej innowacyjności przeradza się w karykaturalną fiksację, gdy zarówno twórcy, jak i artystyczny establishment gonią za czymkolwiek, co wydaje się choć trochę inne od tego, co już znamy. Nie ma znaczenia wtedy głębia treści, emocjonalny oddźwięk, ani warsztat twórcy – jedyne, co się liczy, to posmak nowości. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że w takim ujęciu nowatorstwo jest rozumiane w wypaczony sposób, co z kolei wymaga od nas zastanowienia się nad tym, czym ono w swej istocie jest.
Prawdziwe nowatorstwo nie polega na nowości dla nowości i nie powinno być celem dążeń artysty. Zamiast tego wynika ze szczerych poszukiwań i prób uchwycenia istoty rzeczy za pomocą sztuki w sposób adekwatny do czasów, w których powstaje. Takie nowatorstwo jest niejako mimowolnym skutkiem dojrzałych poszukiwań artystycznych. Zmienia myślenie, wnosi nowe jakości intelektualne i artystyczne, rozwija ludzką wrażliwość, przybliżając nas do istoty rzeczy.
Jeżeli ktoś nie ma potencjału, by stać się innowatorem, to mimo wszelkich starań nie zostanie nim z prostego powodu: nowatorstwo tworzone na siłę nie jest nowatorstwem. Nie wnosi żadnych istotnych wartości ani jakości. Nie pobudza intelektu, ani nie porusza duszy. Nie przyczynia się do dziejowego rozwoju sztuki. Jest tylko pustą grą polegającą na zrobieniu czegoś „trochę inaczej” niż inni, której jedynym owocem może być złudny poklask.
W dominującej obecnie skłonności do oceniania sztuki pod kątem innowacji można zauważyć jeszcze, iż nieraz zapomina się o tym, że każda nowość zostaje z czasem przyswojona. To, co szokowało swoim nowatorstwem kilkadziesiąt lat temu, do dzisiaj zdążyło już poszerzyć zasoby tradycji. Często zarówno artyści, jak i osoby rzekomo promujące nowe tendencje w sztuce propagują postawy dawno już przebrzmiałe, uparcie doszukując się w nich świeżości, która wszelako zdążyła już dawno ulecieć. A ponieważ kontrowersja (będąca pochodną nowatorstwa) jest cenionym towarem we współczesnym świecie sztuki, odbiorcy zostają wręcz zalani tworami, które mają nimi w jakiś sposób wstrząsnąć. Jednakże owe „kontrowersyjności” są tanimi chwytami, które dawno już przestały szokować kogokolwiek, kto miał wcześniej choć niewielką styczność ze sztuką współczesną – wywołują co najwyżej wzruszenie ramion i znudzenie. Dlaczego?
Większość „buntowniczych” postaw artystycznych promowanych jako odważne i nowatorskie jest… już akademicka. Liczni twórcy i establishment jednak najwyraźniej tego nie dostrzegają. Przykładowo, nagość w sztukach performatywnych (i nie tylko) już od kilkudziesięciu lat nie jest przełamaniem tabu – wręcz przeciwnie, obecnie jest przejawem współczesnego konserwatyzmu i akademizmu. To środek sprawdzony i dawno wchłonięty przez główny nurt. Tak samo jak sprzeciw wobec piękna (o którym więcej pisałam >tutaj<) czy jakichkolwiek konwencji, eksploracje najrozmaitszych odsłon fizjologii ludzkiego ciała, tematy budzące silne emocje, ready made, niechlujność formy i wiele, wiele innych. Nie udawajmy zatem, że oparte na nich postawy są świeże i świadczą o wyjątkowej indywidualności artysty, bo tak po prostu nie jest. Są one oparte na łatwo dostępnych, wypróbowanych już działaniach będących niezawodnym środkiem do stworzenia czegoś, co zostanie bez większych problemów uznane przez środowisko artystyczne. Bezrefleksyjne stawianie ich u podstaw własnej twórczości byłoby zatem przejawem nie tyle nowatorstwa, ile konformizmu.
Problemy związane z kultem otaczającym innowację nie są de facto nowe, gdyż jego złudnej uwodzicielskości ulegało już wielu twórców na przestrzeni ostatnich stu lat i wielu również o tym pisało. Wygląda zatem na to, że nie wyciągamy należytych wniosków i przed nami pozostaje jeszcze daleka droga do osiągnięcia dojrzałości kulturowej. Najpierw potrzebujemy zdać sobie sprawę z tego, że, aby nowość naprawdę nas wzbogacała – zarówno jednostkowo, jak i w wymiarze ogólnoludzkim – musimy zaprzestać bezkrytycznego przyjmowania wszystkiego, co jest opiewane jako nowatorskie. Ślepa pogoń za rzekomą nowością nie przysłuży się nam w żaden sposób. Zacznijmy więc od zastanowienia się nad tym, czy dana nowość faktycznie jest nowością, oraz jaki jest jej cel i sens.