Wywiad opublikowano pod adresem: https://culture.pl/en/article/the-art-of-inner-necessity-an-interview-with-joanna-mazus
Poniżej polskie tłumaczenie wywiadu:
Sztuka wewnętrznej konieczności: wywiad z Joanną Mazuś
W erze hałasu i widowiskowości, polska artystka Joanna Mazuś zwraca się ku ciszy, abstrakcji i duchowym poszukiwaniom. W swoich złocistych formach i zmysłowej materialności jej prace stają się medytacją nad tym, co niewidzialne i uniwersalne.
Joanna Mazuś nie postrzega sztuki jako autoekspresji czy widowiska. Zamiast tego, w swych kontemplacyjnych abstrakcjach, często operując złotem i ultramaryną, próbuje dotknąć czegoś, co znajduje się poza sferą języka – wspólnej, metafizycznej przestrzeni, która przekracza granice kultury i czasu. Zakorzeniona w duchowych poszukiwaniach i zdyscyplinowanym życiu wewnętrznym, jej praktyka twórcza odwraca się od narracyjności i ego w stronę cichego, uważnego dążenia do istoty rzeczy.
W tej obszernej rozmowie z Agnes Dudek z Culture.pl Mazuś opowiada o pięknie jako środku przebudzenia, etycznej odpowiedzialności artysty oraz relacji cielesności z sacrum. Mówiąc ze swojej pracowni i ze świata wewnętrznego zarazem, odsłania wizję sztuki jako ofiarowania – cierpliwej, zdyscyplinowanej próby uczynienia niewidzialnego widzialnym.
Agnes Dudek: Twoje obrazy emanują cichą intensywnością — nieskazitelne formy, często złote, przywołują coś boskiego, a zarazem abstrakcyjnego. Jak opisałabyś istotę swojej twórczości?
Joanna Mazuś: Jest nią próba dotknięcia tego, co nienazywalne, niepojęte, tajemnicze, wykraczające poza racjonalne rozumienie. Moją pracę definiuje dążenie w głąb. Zadaję sobie pytania o sprawy ostateczne i fundamentalne, dotyczące nas wszystkich. Moja praca jest jednocześnie bardzo osobista i wykraczająca poza mnie, istotny jest tu wymiar międzykulturowy i ponadczasowy. Szukam płaszczyzn, które łączą ludzi zamiast ich dzielić.
AD: Czy złoto pojawia się w nich z jakiegoś konkretnego powodu?
JM: Złoto w sztuce bizantyjskiej, w której odnajduję ważne źródło inspiracji, od wieków jest symbolem rzeczywistości ponadzmysłowej, pierwiastka sacrum, transcendencji. Po złoto sięgnęłam przede wszystkim ze względu na jego blask, ze względu na to, że ono w pewnym sensie jest światłem zamkniętym w materii. Światło oczywiście również ma swoją bogatą symbolikę i instynktownie kojarzy nam się z czymś dobrym i pięknym. Pierwszy raz użyłam w swoich twórczych poszukiwaniach złota, mieszkając przez pewien czas w Jerozolimie. Myślę, że pchnęło mnie do tego tamtejsze niesamowicie nasycone światłem powietrze i blask odbijających je kamieni. W intuicyjny sposób zestawiłam je z głębokim, świetlistym błękitem i nie mogłam od tego oderwać oczu. Blask złota jest dla mnie hipnotyzujący, zwłaszcza w zestawieniu z głębokimi barwami jak na przykład ultramaryna. Złoto podkreśla je i daje im wybrzmieć w wyjątkowy sposób.
AD: Gdy ktoś staje przed Twoją pracą i czuje tę niewysłowioną obecność, co chciałabyś, żeby wyniósł z tego spotkania?
JM: Chciałabym, żeby kontakt z moją pracą wzbogacił jego życie wewnętrzne – nakarmił jego wrażliwość, coś w nim otworzył, pobudził duchowo lub intelektualnie, pomógł w zajrzeniu w głąb siebie albo przeciwnie, w spojrzeniu poza siebie i przekroczeniu ram codziennego doświadczenia.
AD: Opisujesz swoją sztukę jako język wizualny do eksplorowania uniwersalnej ludzkiej duchowości. Jak ta wizja abstrakcji metafizycznej zaczęła się kształtować w Twoim życiu i twórczości?
JM: Wydaje mi się, że kluczowa była w tym moja wrodzona otwartość i pełna szacunku ciekawość zarówno innych ludzi, jak i szerzej tego, co odmienne. Naturalne jest dla mnie poszukiwanie u ludzi tego, co nam wspólne, mimo wszelkich różnic. Już od dziecka miałam świadomość istnienia wielu dróg do duchowości i sposobów jej wyrażania – wychowałam się w rodzinie, w której byli zarówno katolicy, jak i protestanci; ktoś wytrwale wierzył całe życie, kimś miotały wątpliwości, komuś przydarzył się epizod ateistyczny, a komuś nawrócenie. Rozumiałam, że nie ma lepszej lub gorszej drogi, że różne formy wyrażania metafizycznej tęsknoty istnieją ze sobą na równi i że życie duchowe może przechodzić intensywne przeobrażenia.
W tamtym czasie też zaczęłam zadawać sobie pytania o kwestie ostateczne, nad którymi zastanawiam się niezmiennie całe życie. Zawsze czułam ogromny głód duchowy i nieustannie poszukiwałam tego, co może go zaspokoić. Tak krystalizowała się stopniowo w moim życiu potrzeba formy, którą odnalazłam w sztuce.
Moja droga do abstrakcji była intuicyjna: figuracja w moich pracach stopniowo stawała się coraz bardziej syntetyczna, zmierzająca ku esencji, aż stała się niemal abstrakcyjna. Gdy uświadomiłam to sobie, postanowiłam pójść dalej, maksymalnie oczyścić formę z jakichkolwiek śladów przedstawieniowości i narracji – i na tej ścieżce już pozostałam. Jedne z moich pierwszych w założeniu uniwersalnych abstrakcji tworzyłam podczas pobytu stypendialnego na Bezalel Academy of Arts and Design w Jerozolimie, gdzie na co dzień obcowałam z gigantyczną różnorodnością kulturową, dużo eksperymentowałam i pozwalałam dojrzewać nowej dla mnie formie wizualnej. Nie bez znaczenia była też intensywna wymiana myśli z moim obecnie już mężem Krzysztofem Sokolovskim, również artystą, z którym wspólnie zastanawialiśmy się nad duchowym potencjałem sztuki abstrakcyjnej.
Abstrakcja umożliwia przekładanie na język wizualny sposobu, w jaki myślę i odczuwam świat. Nie jestem typowym wzrokowcem, przeważa u mnie raczej “czuciowość”, odbieranie świata całym ciałem, zwłaszcza zmysłami dotyku, węchu i poczuciem znajdowania się w jakiejś określonej przestrzeni. Chociaż również trochę zmysłem wzroku, ale w mniejszym stopniu. Moje myśli często określam jako czucio-wrażenia istniejące poza domeną słów i logiki. Na przykład silnie oddziałuje na mnie emanacja barw, zwłaszcza ultramaryny. Gdy patrzę na nią w formie czystego pigmentu, czuję, jak dzieje się we mnie coś zarazem fizycznego i przekraczającego postrzeganie czysto zmysłowe. Pojawia się niemożliwe do opisania poczucie jakby zanurzenia i unoszenia w tym kolorze, bycia nim otuloną od środka i na zewnątrz zarazem, i jest to uczucie niezwykłe, piękne. I to właśnie czucio-wrażenie stało się inspiracją dla pojawienia się i powracania tej barwy na przestrzeni lat w moich pracach, zwłaszcza w reliefach, które rzeźbię ręcznie w deskach lipowych (co również jest wyjątkowym i bardzo zmysłowym procesem). Okolone złotymi płaszczyznami, aksamitne ultramarynowe fałdy, oddziałujące przez zmysł wzroku na zmysł dotyku, są próbą przełożenia moich czucio-wrażeń na język plastyczny. Są one w swojej naturze tak abstrakcyjne, że jedynie język sztuki abstrakcyjnej jest w stanie jakkolwiek to wyzwanie udźwignąć.
AD: Mówisz o duchowej wrażliwości jako czymś odrębnym od religii. Jak rozumiesz duchowość w kontekście swojej pracy i w jaki sposób abstrakcyjny język wizualny może ją wyrażać?
JM: Duchowość jest w moim rozumieniu pierwotnym światem wewnętrznej wrażliwości człowieka. Jest to płaszczyzna nam wszystkim wspólna, obecna w ludzkiej naturze, niezależnie od tego, jaką religię wyznajemy i czy w ogóle. Jerzy Nowosielski np. mówił w poruszający sposób o swoim epizodzie ateizmu jako doświadczeniu głęboko duchowym.
Abstrakcyjny język wizualny umożliwia bezpośrednie dotknięcie tajemnicy. Umożliwia eksplorację tego, co niemożliwe do nazwania, zwizualizowania czy zrozumienia. Przez to, że nie opowiada, tylko jest raczej czymś w rodzaju wizualnej melodii, sprawia, że można odbierać go czysto intuicyjnie, pozwalając bezpośrednio oddziaływać na naszą wrażliwość.
AD: W swoim manifeście piszesz o głębokiej trosce o odbiorcę – traktowanego nie jako obiekt, ale jako czującą istotę. Jak ta postawa etyczna wpływa na Twoje decyzje w pracowni?
JM: Pracując, staram się przynajmniej chwilowo zapomnieć o sobie i otworzyć się na świat zewnętrzny. Oczywiście przechodzi on przez filtr mojej wrażliwości i ona odciska swój ślad w moich pracach, ale nie zaprzątam sobie tym myśli.
Kluczowe jest nieskupianie się na swoim ja, ponieważ tworzę z myślą o tym, że moje prace wyjdą do świata, do ludzi i będą na nich realnie oddziaływać. Zastanawiam się, co to, nad czym pracuję, może wnieść w czyjeś życie. Czy dana praca ma potencjał karmienia czyjejś wrażliwości, nie tylko mojej własnej. Czy tematy, które są dla mnie osobiście interesujące lub ważne, nie są wyłącznie jakąś moją obsesją, więcej – czy nie mogą komuś zaszkodzić.
Malowanie jako akt duchowy
AD: Materiały, których używasz – drewno lipowe, len, tempera żółtkowa, złoto – wydają się dobrane z rytualną uważnością. Czy mogłabyś opowiedzieć o relacji między naturalną materialnością a duchowym wymiarem w Twojej praktyce twórczej?
JM: Tradycyjne techniki i materiały zawierają żywy ślad natury, z której pochodzą surowce będące ich bazą. Ów ślad natury owocuje wyjątkową jakością wizualną – subtelnym pięknem materiału samego w sobie. Sztuczne materiały natomiast wydają się głuche, martwe. Ponieważ interesuje mnie duchowość, sięgam po to, co najlepiej z nią koresponduje, co ma związek z życiem, czyli z naturą. Ponadto używane przeze mnie techniki dają mi dużą swobodę w dostosowywaniu ich do potrzeb własnej wizji twórczej oraz wnoszą inne unikalne możliwości.
AD: Czy podczas malowania masz poczucie, że prowadzisz dialog z czymś Ciebie przekraczającym? Czy zdarza się, że obraz zaczyna „odpowiadać”?
JM: Zdecydowanie tak. Bliska jest mi koncepcja sztuki jako czegoś, co powstaje niezależnie od intencji artysty – bytu, który materializuje się z jego pomocą, ale nie jedynie za jego sprawą i wolą. W pracowni rodzi się coś, czego wyłanianiu się z niebytu asystuję z wielką uwagą i troską, w co się wsłuchuję i na co w skupieniu reaguję. Staram się nie narzucać temu swojego zdania, usiłuję siebie powściągnąć. Czasem myślę o tym, że jestem bardziej akuszerką niż twórczynią. Albo narzędziem, którym kieruje ktoś inny (i jak każde narzędzie, zostawiam w materii właściwy sobie, specyficzny ślad).
Proces twórczy to coś niezwykłego i mimo że od lat jest podstawowym elementem mojej codzienności, nadal nie potrafię go do końca zrozumieć i nie przestaje mnie on zaskakiwać. Jest to zdecydowanie akt duchowy, otwierający na nienazywalne, choć jest zarazem ściśle związany z materią, w której pracuję.
AD: Twoje prace wywołują wrażenie otwierania się na inną rzeczywistość – niemal jak portale prowadzące do tego, co niematerialne czy metafizyczne. Czy myślisz o nich w ten sposób?
JM: Nie myślałam o nich dokładnie w ten sposób, ale bliskie jest mi myślenie zaczerpnięte z malarstwa bizantyjskiego – o obrazie jako oknie na rzeczywistość niematerialną, metafizyczną. Teraz widzę, że brzmi to podobnie, choć punkty wyjścia są odmienne. Tak właśnie przejawia się ten uniwersalny, międzykulturowy pierwiastek ludzkiej duchowości.
AD: W niektórych realizacjach malujesz na sklepieniach – wchodząc tym samym w przestrzeń sakralnej architektury. Co jest odmiennego albo sakralnego w tworzeniu pracy przeznaczonej do tego, by unosić się nad widzem, zamiast znajdować się przed nim?
JM: Zdarza mi się pracować nad sklepieniami, jak i całymi pomieszczeniami (we współpracy z Krzysztofem Sokolovskim, np. Kaplica Pokoju w Klasztorze Sióstr Salezjanek w Jerozolimie czy we wnętrzach prywatnych). Wymaga to zupełnie odmiennego myślenia niż praca nad obrazem – oczywiście znaczenie ma tu skala pracy i wyobraźnia przestrzenna, ale przede wszystkim jest to tworzenie całościowego doświadczenia, w którym odbiorcy fizycznie zanurzają się i przechodzą do innego świata. Odbiorcy znajdujący się wewnątrz tego typu dzieła stają się jego częścią. Taka praca w przeciwieństwie do obrazu nie jest tylko oknem na rzeczywistość duchową – ona przenosi nas w nią w całości, jest jakby kapsułą zabierającą nas do zupełnie innej, wszechogarniającej, nieziemskiej przestrzeni.
Życie wewnętrzne
AD: Pisałaś, że sztuka powinna być ofiarowaniem wyrastającym z dojrzałego i odpowiedzialnego życia wewnętrznego. Jak wygląda duchowa lub intelektualna dyscyplina w Twojej codzienności?
JM: Stajemy się tym, z czym obcujemy – o wszelkich przejawach kultury, nauki, natury, o otoczeniu oraz kontakcie z ludźmi, z którymi mamy do czynienia w swoim życiu należałoby myśleć jak o pokarmie duchowym. Tak jak pożywienie buduje nasze ciała i wpływa na nasze samopoczucie, tak pokarm duchowy wpływa na to, jakimi jesteśmy ludźmi, a zatem i jakimi artystami oraz jaką sztukę później niesiemy do świata. Dlatego dyscyplina jest kluczowa. Powinna być w miarę elastyczna – ale konsekwentna.
Uważnie wybieram treści, które konsumuję: lektury, audycje, muzykę… Pielęgnuję w sobie ciekawość, ale – co istotne – ciekawość odpowiednio ukierunkowaną. Staram się zgłębiać jakąś dziedzinę czy zagadnienie przez dłuższy czas, nie skakać za wiele między tematami (choć mam wiele różnorodnych zainteresowań), aby nie ślizgać się jedynie po ich powierzchni. Zastanawiam się, obserwuję, analizuję, zadaję pytania, szukam towarzystwa ludzi, z którymi mogę dyskutować i nauczyć się czegoś od nich. Tworzę sobie czas i przestrzeń na skupienie i refleksję; świadomie staram się filtrować świat zewnętrzny, nie pozwalając mu zalewać mnie falami nadmiaru bodźców – dopuszczam do siebie tylko tyle, ile to niezbędne, i to, w czym widzę sens.
Uwielbiam rytualizować życie, pomaga mi to w pielęgnacji mojego twórczego potencjału, jak i utrzymaniu intelektualno-duchowej dyscypliny. Nie muszę jednak trzymać się sztywno tych rytuałów, one zmieniają się z czasem i okolicznościami, w których przebywam, ale zawsze jakieś sobie tworzę. Przykładowo, odkąd nie maluję w domu, w drodze do pracowni czytam i słucham muzyki. Oprócz zadbania o oczywiste walory intelektualne, pomaga mi to w mentalnym przejściu od prozaiczności życia domowego do uświęconej przestrzeni pracy twórczej. A od niedawna swój pobyt w pracowni każdorazowo zaczynam od przeczytania jednego wiersza. To mój rytuał otwierający pracę twórczą danego dnia.
Szukam piękna, głębi i pełni. Staram się świadomie przeżywać kolejne momenty życia. Myślę też, że ważnym ćwiczeniem duchowym jest szukanie piękna lub sensu również w tym, co prozaiczne czy trudne. Ponadto, częścią mojej dyscypliny jest świadomość, jak negatywny wpływ ma na nas szeroko rozumiana brzydota – mam na myśli nie tylko nasze otoczenie i przedmioty, z których korzystamy, ale oczywiście także kwestie niematerialne.
W mojej dyscyplinie duchowej szczególnie istotna jest miłość, świadome jej przeżywanie i pielęgnowanie. Jolanta Brach-Czaina pisała w swoich Szczelinach istnienia, że “ostatecznie jesteśmy tacy, jaka jest przeżywana przez nas miłość. I taki również jest odkrywany i stwarzany przez nas świat” – ja bym dodała, że taka jest również tworzona przez nas sztuka.
Powiem szczerze, że paradoksalnie pomaga mi też myślenie o śmierci. Codzienne. Ono przywołuje mnie do porządku, uświadamia, jak ograniczony mam czas i motywuje do tego, by nadawać życiu należytą wagę.
AD: Pisałaś też o tym, że sztuka może działać wzbogacająco albo destrukcyjnie. Jakie dostrzegasz główne zagrożenia we współczesnej twórczości artystycznej – i w jaki sposób sama starasz się świadomie ich unikać w swoim procesie?
JM: Myślę, że głównymi zagrożeniami są odcięcie się od różnorodności świata, od prawdziwego życia i zamknięcie się we własnej malutkiej bańce; nadmierne skupienie na ego artysty; nadprodukcja artystyczna; wyrachowanie. Dodałabym jeszcze pławienie się w cierpieniu ograniczające się do niego samego – świat i życie są pełne cierpienia, jest go tak dużo, że uważam, iż potrzebujemy dla naszego zdrowia psychicznego zadbać o przeciwwagę. Dotknięcie ciemności może być naprawdę ważne i potrzebne, nie przeczę, ale nie można dać się tej ciemności bez reszty pochłonąć, musimy szukać drogi ku światłu. Moim zdaniem sztuka może nas w tę ciemność wprowadzać, ale w sposób odpowiedzialny, nie pozostawiając odbiorców na samym dnie piekła i w poczuciu beznadziei.
Aby unikać wymienionych zagrożeń, zadaję sobie za każdym razem pytania: co to może wnieść w czyjeś życie? Czy chcę, by oddziaływało na odbiorców akurat w taki sposób? Czy moja praca jest wystarczająco klarowna? Czy jej jakość jest odpowiednio wysoka? I czy wynika z wewnętrznej konieczności?
AD: Kandinsky pisał, że prawdziwa forma musi wynikać z „wewnętrznej konieczności”. Jak Ty osobiście rozpoznajesz, że dana forma lub kompozycja zrodziła się właśnie z takiej konieczności?
JM: „Wewnętrzną konieczność” rozumiem szerzej, na dwa sposoby: po pierwsze konieczność duchowa obejmująca zajęcie się danym tematem, problemem – czyli maluję o tym, co jest dla mnie naprawdę ważne, co płynie prosto z serca. Zajmuję się tym, co jest dla mnie głęboko istotne. Po drugie konieczność formalna, o którą pytasz, a która jest według mnie nierozerwalnie związana z pierwszym ujęciem. Forma jest językiem, który musi być adekwatny do przekazu.
Ostatecznie forma wynikająca z „wewnętrznej konieczności” oznacza dla mnie brak zbędnych ozdobników, kompozycję oczyszczoną z naddatku. Każdy element jest w niej niezbędny zarówno ze względów formalnych, jak i ideowych. Forma jest nośnikiem treści, nie może być pusta. Jeżeli jakiś element można usunąć bez szkody dla całości, to znaczy, że nie jest on wewnętrznie konieczny.
Osobiście błyskawicznie dostrzegam na poziomie intuicyjnym to, czy forma spełnia kryterium „wewnętrznej konieczności”; w takim momencie malarze mówią w swoim żargonie, że “obraz działa”.
O pięknie, abstrakcji i milczeniu
AD: Bronisz tego, co nazywasz „pięknem głębokim” – zmysłowego doświadczenia, które pobudza naszą wewnętrzną głębię. Jak odróżniasz powierzchowną przyjemność estetyczną od tego głębszego piękna – zarówno w tworzeniu, jak i w doświadczaniu sztuki?
JM: To, co powierzchownie estetyczne, jest przyjemne i zarazem banalnie łatwe, dosłowne, pozbawione głębi. Patrzę na to bez zaangażowania i szybko o tym zapominam. Doświadczenie „piękna głębokiego” natomiast może być zupełnie obezwładniające, wręcz mistyczne. Dzieje się poza słowami, poza racjonalnym pojmowaniem. Ono coś budzi, wykracza poza postrzeganie czysto zmysłowe, rezonuje głęboko w środku, wywołuje emocje, przywołuje wspomnienia albo rodzi wyobrażenia. Przyznam, że doświadczenie „piękna głębokiego” w obcowaniu ze sztuką nie zdarza mi się często – niewiele dzieł porusza mnie w ten sposób, częściej udaje się to naturze. Ale może dzięki temu, gdy trafiam na pracę, w której znajduję ten pierwiastek, jest to doświadczenie niezwykłe i pamiętam je latami. Gdy staram się wywołać doświadczenie tego rodzaju piękna za pośrednictwem swojej pracy, kluczowe jest nietraktowanie piękna jako celu samego w sobie, a jedynie jako środka do sięgnięcia ku rzeczywistości przekraczającej zarówno zmysły, jak i nasze pojmowanie.
AD: Współcześnie w kręgach artystycznych piękno bywa często odrzucane lub wyśmiewane. Dlaczego, Twoim zdaniem, duchowy wymiar piękna został tak bardzo przeoczony – i jak można go odzyskać?
JM: Myślę, że to może być znakiem współczesności w ogóle. Żyjemy w czasach, w których dominujący przekaz jest chaotyczny, krzykliwy, bardzo dosłowny. Brakuje miejsca dla wyobraźni, głębi, refleksji. Stąd też spłaszczenie zarówno życia wewnętrznego, jak i pojmowania piękna do powierzchni, do pustej estetyzacji. Następuje pomylenie pojęć – piękno jako środek do pobudzania i odżywiania życia duchowego zostaje całkowicie pominięte. Poza kręgami osób ze środowisk religijnych współcześnie rzadko mówi się o duchowości, samo to słowo zwykle kojarzy się ludziom właśnie albo z religią, albo ze sprawami stosunkowo płytkimi czy w ogóle swego rodzaju podejrzaną irracjonalnością. Tymczasem duchowość to sfera istniejąca w każdym z nas, również w ateistach, choć przybiera rozmaite formy, zależnie od uwarunkowań kulturowych i indywidualnych.
Tak więc ja również sprzeciwiam się powierzchowności (bo działa krzywdząco, spłaszczając nas samych). Remedium widzę w walce z nią przez poszukiwanie piękna sięgającego w głąb istnienia. Piękna sprzyjającego kontemplacji, refleksji, zatrzymaniu na chwilę, doświadczeniu ciszy. Pokazującego, że nie na wszystko musimy mieć dosłowne odpowiedzi. Że możemy przez chwilę po prostu być, patrzeć, odczuwać i zagłębiać się w nieznane.
Jest to najbliższy mi sposób postrzegania tej kwestii, ale chciałabym zarazem zaznaczyć, że pojmowanie „piękna głębokiego” może być bardzo szerokie – przykładowo praca, która przedstawia coś w potocznym rozumieniu brzydkiego, prowokującego czy w jakiś sposób trudnego, również może mieć w sobie pierwiastek takiego piękna.
AD: Pisałaś, że wielu artystów łączy piękno z powierzchownością, przez co je odrzuca. Jak odpowiadasz krytykom, którzy uznają piękno za przestarzałe lub politycznie nieistotne we współczesnej sztuce?
JM: Potrzeba obcowania z pięknem wydaje mi się zakodowana w ludzkiej naturze – zwróćmy uwagę na to, że w życiu, już abstrahując od sztuki, szukamy właśnie tego, co piękne. Zachwyca nas i koi piękno natury, pożądamy piękna miłości, chcemy otaczać się pięknem w najróżniejszych sferach życia, pragniemy obcować z pięknymi ludźmi. Tylko znowu – pięknymi w głęboki, wielowymiarowy sposób, nie chodzi tu przecież wyłącznie o powierzchnię. Przynosi to nam wiele ważnych i dobrych przeżyć, których potrzebujemy zarówno dla równowagi psychicznej, jak i po to, by wzrastać. Zatem skoro dążenie do piękna jest tak fundamentalne, dlaczego sztuka tworzona przez ludzi i dla ludzi ma to negować? „Piękno głębokie” jest tym, co może ludzi uwrażliwiać, wybijać z utartych schematów myślenia i działania, prowokować do zadawania sobie pytań o sprawy ostateczne, prowadzić do aktywnego poszukiwania sensu. Może wnosić w życie światło i nadzieję. Wszyscy tego potrzebujemy.
AD: W Twoich pracach często pojawia się precyzyjna geometria. Czy dostrzegasz w niej rodzaj świętego porządku — abstrakcyjny język zdolny odsłaniać ukrytą prawdę?
JM: Fascynuje mnie to, jak nauki takie jak matematyka, fizyka i astronomia odkrywają przed nami niewidoczną strukturę świata, jego kosmiczny porządek. Część matematyków mówi, że oni matematyki nie tworzą, a jedynie odkrywają matematykę już istniejącą w naszym świecie, co bardzo pobudza moją wyobraźnię. W czasach szkolnych ogromnie pasjonowałam się matematyką, chciałam ją studiować; dopiero na przełomie gimnazjum i liceum zmieniłam zdanie i związałam swoje plany życiowe ze sztuką. Matematyczne myślenie jednak zagnieździło się gdzieś w mojej podświadomości i sprawiło, że intuicyjnie sięgnęłam w swoim malarstwie po geometrię.
Poza tym geometria jest od wieków ważną bazą kompozycyjną sztuki sakralnej, w której znajduję istotne źródło inspiracji – widać w niej ten fundament abstrakcyjno-geometryczny, który sprzyja tworzeniu harmonii prowadzącej do duchowości. Ponadto figury geometryczne są nasycone wielowiekową symboliką – powtarzający się w licznych moich pracach okrąg tradycyjnie symbolizuje nieskończoność, boską doskonałość, transcendencję, natomiast kwadrat jest symbolem materii. Połączenie czy wzajemne przenikanie się tych figur symbolizuje dla mnie nierozerwalny związek ciała i ducha, materii fizycznej i metafizyki.
Indywidualność, ego i innowacja
AD: W swoich tekstach krytykujesz „kult indywidualności” i „projektowanie” własnej wyjątkowości na potrzeby bycia zauważonym. Jak udaje Ci się pozostać wierną prawdziwej sobie, a nie wykreowaną personą?
JM: Myślę, że pomaga mi w tym mój charakter. Podstawowymi wartościami w życiu są dla mnie wolność i autentyczność, potrzebuję ich, by tworzyć i żyć. Jestem trochę takim kotem chodzącym własnymi ścieżkami. Udawanie czegokolwiek niewiarygodnie mnie męczy i wywołuje rozdrażnienie, dlatego po prostu tego nie robię. A tym właśnie byłoby dla mnie kreowanie na siłę ekscentrycznej persony, czułabym się nie do wytrzymania sztucznie. Zamiast tego wolę po prostu być sobą. Ludzie zresztą naprawdę cenią taką autentyczność.
Kluczowe jest to, że nie stawiam na pierwszym miejscu sukcesu, sławy, pieniędzy, tylko wartości duchowe, intelektualne, artystyczne oraz relacje z innymi. Nie jestem jednak oderwana od rzeczywistości i oczywiście uważam, że pieniądze są artyście potrzebne, a sukcesy mogą być niezwykle pomocne, ale nie mogą te kwestie być fundamentem i celem nadrzędnym istnienia artysty. To tylko środki, które mają służyć sprawom wyższym.
AD: Zdecydowanie odrzucasz sztukę napędzaną autoekspresją lub ego. A przecież wielu młodych artystów słyszy, że powinni „odnaleźć swój głos”. Jaką alternatywną drogę mogłabyś zasugerować tym, którzy dopiero zaczynają? Czym powinni się kierować?
JM: Tak, uważam, że indywidualny sposób wyrażania się nie może być celem samym w sobie – powinien to być jedynie środek, język służący do opowiedzenia o tym, co dla danego twórcy jest szczególnie istotne. Podstawowe pytanie brzmi: “Co jest dla mnie naprawdę głęboko ważne? Dlaczego właśnie to? Co może to dać innym?” – i radziłabym badać ten obszar cierpliwie, uważnie, wytrwale. Robić to dla siebie, nie dla poklasku. Nie poddawać się presji natychmiastowego pokazywania wszystkiego na mediach społecznościowych, dać sobie czas. Szczere poszukiwania w końcu pozwolą wykrystalizować się językowi, który będzie właściwy dla danego zagadnienia widzianego oczami konkretnej osoby.
Taki język będzie naturalnie dojrzewać, będzie też w pełni autentyczny, a to po prostu widać, gdy patrzy się na czyjeś prace. I nie należy bać się zagubienia ani poddawać się zniechęceniu. Z mojego doświadczenia wynika, że warto pozwolić działać nieświadomości, która nieraz wyprzedza myślenie młodego artysty. On może dopiero po czasie zdać sobie prawdziwie sprawę z tego, co właściwie wyszło spod jego rąk. Sam może nie do końca to rozumieć. Nieraz jest tak, że obraz jest mądrzejszy od swojego twórcy. Dlatego potrzebna jest też pokora, by pozwolić swojej twórczości siebie poprowadzić – a nie próbować dostosowywać ją do swojego widzimisię czy presji otoczenia.
AD: Podobnie krytykujesz obsesję świata sztuki na punkcie innowacji dla samej siebie. Czym, Twoim zdaniem, jest prawdziwa innowacja — i jak może powstawać organicznie?
JM: Myślę, że prawdziwa innowacja nigdy nie jest czymś powierzchownym ani celem samym w sobie, tylko powstaje mimowolnie na skutek szczerych i dojrzałych poszukiwań artystycznych – czyli podobnie jak prawdziwa indywidualność. Jest wynikiem autentycznych prób uchwycenia istoty rzeczy w sposób adekwatny do swoich czasów. Autentyczne nowatorstwo w sztuce przekształca nasze myślenie, wnosi nową jakość intelektualną i artystyczną, wpływa na naszą wrażliwość, prowokuje do stawiania nowych pytań. Z kolei innowacja tworzona na siłę dla samej siebie kompletnie nie jest nowatorska, staje się jedynie pustą wydmuszką, która nie niesie ze sobą żadnych nowych ani istotnych wartości, nie ma też potencjału realnego wpłynięcia na proces rozwoju sztuki. Jest tylko grą polegającą na zrobieniu czegoś odrobinę inaczej niż pozostali, a jej rezultatem może być co najwyżej chwilowe zainteresowanie.
AD: Podkreślasz, że sztuka powinna być intuicyjnie zrozumiała ponad podziałami kulturowymi. Czy między innymi to jest powodem, dlaczego pracujesz z abstrakcją? Co według Ciebie czyni abstrakcję wyjątkowo zdolną do przekraczania granic?
JM: Tak, jest to jeden z powodów, dla których konsekwentnie zajmuję się sztuką abstrakcyjną. Umożliwia ona próbę dotknięcia istoty w niedosłowny sposób i bezpośrednio oddziałuje na emocje, podobnie jak muzyka. I tak jak do muzyki nie musimy mieć pytań, ani starać się ją rozszyfrowywać, aby móc jej głęboko doświadczyć, tak samo w abstrakcji możemy zanurzyć się w pełni intuicyjnie. Abstrakcja rezygnuje z ograniczeń narracyjności i odwołuje się do tego, co niewysłowione, wspólne, ogólnoludzkie, fundamentalne. Na przykład ze względu na nasze biologiczne uwarunkowania, naturalnie dążymy do światła, kojarzy nam się ono z bezpieczeństwem i dlatego uznajemy je za coś dobrego. Oczywiście każdy odbiorca niesie swój bagaż skojarzeń wynikający z indywidualnych doświadczeń oraz uwarunkowań kulturowych, wiele zależy też od jednostkowej wrażliwości, więc dwie osoby mogą przeżyć ten sam obraz na odmienne sposoby, ale kluczowe jest dla mnie to, że obie mogą go naprawdę doświadczyć. I wymienić się swoimi spostrzeżeniami.
Obecna twórczość i wizja przyszłości
AD: Twoja nadchodząca wystawa w Tyńcu — Dom dla Imienia — wprowadza Twoją sztukę w dialog z chrześcijańskim kontekstem duchowym. Jak odpowiedziałaś na tę przestrzeń? I jak chciałabyś, żeby wpłynęła ona na sposób, w jaki widzowie doświadczą Twoich prac?
JM: Opactwo w Tyńcu uważam za miejsce szczególne, to jedna z najstarszych przestrzeni duchowej refleksji w Polsce. Myślę, że tworzy atmosferę doskonale sprzyjającą wyciszeniu, kontemplacji i spotkaniu ze sztuką poświęconą metafizyce. W naszej części Europy kultura została ukształtowana w dużej mierze przez wieki chrześcijaństwa i w swojej pracy ogrom inspiracji zawdzięczam między innymi właśnie sztuce sakralnej różnych odłamów tej religii. Od lat inspiruję się z jednej strony malarstwem bizantyjskim, ikoną, z drugiej zaś protestancką ascetycznością, jak i szerzej sztuką monumentalną i architekturą świątynną różnych epok i denominacji.
Tej ostatniej poświęciłam nowy cykl prac przygotowany specjalnie na wystawę w Muzeum Opactwa w Tyńcu – Impresje świątynne – który jest intuicyjnym zapisem doświadczania sztuki i architektury sakralnej. Malując poszczególne obrazy, odnosiłam się zarówno do konkretnych miejsc istniejących obecnie, jak i znanych mi jedynie z opisu (np. Świątyni jerozolimskiej), bądź zupełnie wyobrażonych. Praca nad tym cyklem tak mnie wciągnęła, że absolutnie nie uważam go za zamknięty, a zaledwie zaczęty. Pomysły na jego rozbudowę mnożą mi się w głowie i z pewnością poświęcę im swoją uwagę w nadchodzącym czasie. Ich owoce zaś zapewne pokażę na wystawie indywidualnej w Warszawie, którą mam zaplanowaną na luty 2026.
AD: Na wystawie w Tyńcu Twoje abstrakcyjne, kontemplacyjne formy współistnieją z symbolicznymi obrazami Doroty Berger. Co Twoim zdaniem rodzi się w napięciu lub harmonii między abstrakcją a figuracją w sztuce sakralnej?
JM: Według mnie kwintesencję jednoczesnego napięcia i harmonii abstrakcji i figuracji można dostrzec na przykład w ikonie. Gdy przyjrzymy się jej uważnie, dostrzeżemy w niej abstrakcyjny fundament – mam na myśli zarówno formy bazujące na wyraźnej geometrii i kolorze, jak i dotykanie spraw nienazywalnych, otwieranie okna na duchową rzeczywistość.
Zarówno ja, jak i Dorota, odnosimy się w swojej twórczości do ikony, choć robimy to na odmienne sposoby. I chociaż posługujemy się różnymi językami plastycznymi, można dostrzec w nich coś wewnętrznie pokrewnego.
AD: Patrząc w przyszłość: jakie pytanie nadal pozostaje w Twojej twórczości otwarte – coś, ku czemu malujesz, ale na co jeszcze nie odpowiedziałaś?
JM: Zagadnieniem, wokół którego krążę, odkąd tylko zaczęłam nabierać świadomości twórczej, jest tajemniczy związek cielesności i duchowości. Pięknie pisała o nim w swoich esejach Jolanta Brach-Czaina. Jak jednak plastycznie oddać duchowy aspekt zmysłowości? Jak pokazać wizualnie tę wspólnotę, pełnię zjednoczenia ciała i ducha? Czuję, że w końcu powoli zaczynam się do tego zbliżać, ale nadal jeszcze wiele pracy przede mną.
AD: W jaki sposób dbasz osobiście o wysiłek intelektualny i duchowy, który uważasz za nieodzowny dla artysty? Czy są praktyki, lektury lub formy dyscypliny, do których stale wracasz?
JM: Przede wszystkim pielęgnuję w sobie ciekawość i otwartość. Dużo czytam, stale się uczę, obserwuję, świadomie przeżywam, uważnie słucham i poddaję refleksji to, czego doświadczam. Istotne jest dla mnie obcowanie z myślą ważnych dla mnie artystów – o wiele bardziej niż z ich sztuką, jej mogę prawie nie oglądać. Czytam między innymi Kandinskiego, Kleina, Nowosielskiego… Często wracam też do wspomnianych wcześniej esejów filozoficznych Jolanty Brach-Czainy. One wiążą się ściśle z tym pytaniem, które nie daje mi spokoju, „w stronę którego maluję”. Dotykają sedna, prowokują do myślenia, ale przede wszystkim do świadomego, pełnego życia.
Co do lektur, tworzę sobie bloki tematyczne, które zgłębiam przez jakiś czas. Może to być dziedzina (np. podstawy fizyki i astronomii), wybrany aspekt jakiejś dziedziny (sztuka a widzenie), zagadnienie (architektura sakralna), czy np. różne teksty jednego wybranego twórcy. Raz dotyczy to po prostu jakiegoś obszaru, o którym chcę wiedzieć więcej, innym razem natomiast wiąże się ściśle z tym, nad czym pracuję. Ważna jest w tym dla mnie selektywność i konsekwencja.
Poza tym tworzę sobie rozmaite codzienne rytuały, które trwają przynajmniej przez kilka tygodni, a częściej miesięcy, jak np. codzienne słuchanie muzyki klasycznej, każdego dnia innego kompozytora, czy codzienne czytanie poezji (na jeden krótki wiersz dziennie zawsze uda się znaleźć czas, a pod względem kondensacji formy ujmującej niewysłowione treści jest to coś niezwykle bliskiego sztuce abstrakcyjnej). Z jednej strony takie rytuały przez swoją regularność efektywnie poszerzają moje horyzonty, a z drugiej sprzyjają pielęgnacji twórczego potencjału.
Last but not least – istotnym elementem mojego życia jest szeroko pojęta kontemplacja.
AD: Wzywasz do przewartościowania sztuki – do oparcia jej na trosce, przejrzystości i duchowej głębi. Czy dostrzegasz oznaki, że taki zwrot już się dokonuje wśród młodszych artystów lub ruchów twórczych?
JM: Trudno powiedzieć – widzę przecież tylko pewien wycinek rzeczywistości. Znam artystę młodszego pokolenia, który w autentyczny sposób dąży w swojej sztuce do duchowej głębi i dotyka jej w niedosłowny sposób – Hubert Dolinkiewicz. Ale czy takich młodych twórców jest wielu? Nie sądzę. Czy będzie ich jednak więcej? Taką mam nadzieję.
AD: Gdybyś mogła zostawić czytelnikowi jedną myśl – nie o swojej sztuce, ale o tym, jak patrzeć – co by to było?
JM: Pytanie bardzo adekwatne, bo podczas pobytu stypendialnego w Jerozolimie uczęszczałam na niezwykle ważne dla mnie warsztaty fotograficzne prowadzone przez Yosaifa Cohaina pt. “Learning to See”. Nauczył mnie tego, że patrzeć należy z uważnością i bez pośpiechu, oraz nie bojąc się kierować wzrok w nieoczywiste miejsca.
A od siebie dodałabym jeszcze, żeby patrzeć całym swoim ciało-duchem.